Obserwatorzy

środa, 6 grudnia 2017

Indonezja cz.3 - Workshop Batik Painting

 Plan naszej długiej eskapady indonezyjskiej przewidywał kurs batiku na Bali, i tak w końcu pełna obaw, znalazłam się w Ubud.
W planach miałam zamiar odwiedzić trzy miejsca, ale po namyśle jedno miejsce skreśliłam z listy z uwagi na to, że tam pracują tylko na barwnikach naturalnych, otrzymywanych z kory miejscowych drzew, liści i innych części roślin. Zdecydowałam się na pracę z barwnikami syntetycznymi, uważałam, że łatwiej będzie mi w razie potrzeby je kupić i sprowadzić. Po namyśle wybrałam jedną pracownię a nie dwie, żeby więcej się nauczyć i nie zaczynać w każdej od podstaw, tym bardziej, że zaczęte prace kończone były dnia następnego z uwagi na cały proces batikowania. Klucząc krętymi uliczkami, którymi samochód nie dał rady już jechać, znalazłam obydwie pracownie, zwiedziłam jedną


a potem w drugiej, potwierdziłam udział w warsztatach na które zapisałam się będąc jeszcze w Polsce. ( Pan nie był pewien, czy z uwagi na grożący wybuch wulkanu Agung, przylecimy na Bali).
Rety! - będzie się działo


Następnego dnia rano zżerała mnie ciekawość jak tym razem będzie, ale, i co tu dużo mówić, obawa jak się dogadam.
Szkoła Batiku znajduje się w ogrodzie, na prywatnej posesji Pana Nyoman Suradnya, obok rodzinnego pensjonatu i prywatnego domu.
Zajęcia odbywały się w otwartych na ogród, bardzo klimatycznych pomieszczeniach pełnych typowo balijskich rzeźb, ozdób i przede wszystkim olejnych płócien i batików, które wyszły spod ręki gospodarza. Tak poznałam Pana Nyoman Suradnya i Kadek Sudiana - mojego nauczyciela.



No i zaczęło się - garść informacji, do ręki spora rama obciągnięta płótnem i do roboty. Reszta w trakcie zajęć :).

Wymyślając rysunek korzystałam z dostępnych atlasów roślin. Niemałym wyzwaniem było spójne zagospodarowanie dużego płótna


Na zajęcia przyszłam potwornie przeziębiona.
Po rysunku przyszedł czas na pokrywanie linii woskiem, przy pomocy tjantingu o różnej średnicy wylewki.  Siedziałam sobie wygodnie na niskim, rzeźbionym taborecie. Zapas chusteczek położyłam obok palnika z bardzo gorącym woskiem, sięgając po nie, potrąciłam miseczkę z woskiem, wylewając całą zawartość na bosą stopę. Ból był okropny, wosk przywarł do skóry i nawet nie było widać poparzenia tylko woskową skorupę. Kadek obłożył mi stopę lodem i ręcznikiem i mimo koszmarnego bólu, pracowałam dalej . Następnego dnia chodziłam z jedną stopą w sandałach a drugą w skarpetce :). Wypadki przy pracy zdarzają się i powtarzając sobie kupione od syna powiedzonko: co trzeba to trzeba, jesteśmy mężczyznami :) dalej pilnie się uczyłam. Dlatego na zdjęciu jedna noga jest w sandałku a druga w ręczniku - indonezyjska moda obuwnicza :).


tego dnia na zajęciach towarzyszyła mi pani z Australii.


 widać już woskowe kontury i przygotowane tło do zrobienia siatki spękań, czyli krakeruli


Rysunek ołówkiem zrobiłam tak delikatny, że w trakcie konturowanie nie zauważyłam rysunku konaru drzewa, które miało być jeszcze z lewej strony roślinnej kompozycji - teraz to widzę. Poprawki są możliwe, ale wymagałyby wielu kroków i czasu, a ja go nie miałam. Pomyślałam sobie, że przecież założeniem tego kursu nie było stworzenie wiekopomnego dzieła - hihi, tylko poznanie technik. Martwiły mnie tylko niechciane, woskowe - kap, kap, czyli kleksy. W trakcie pracy Kadek cały czas mi powtarzał: nie martw się to nie problem, potem usuniemy, a ja po cichu dodawałam: jak nie problem kiedy są kleksy.

Następnego dnia na zajęciach pracowałam z farbami. Miałam kilkanaście przygotowanych farb a sama przygotowywałam sobie mieszanki kolorów, żeby uzyskać inne kolory, odcienie czy intensywność jakiejś barwy. Kadek uczył mnie jak rozprowadzać farbę na płótnie chcąc uzyskać cieniowanie, jak mieszać kolory bezpośrednia na nim, kiedy zwilżać płótno a kiedy pracować na suchym, ile wody używać, w jakiej pozycji trzymać ramę w czasie malowania a jak w czasie woskowania. Mnóstwo niuansów ale jakże ważnych. Ubrana jak dnia poprzedniego w firmowy fartuszek, zabrałam się bez zbędnej zwłoki do pracy, bo czas tu tak szybko uciekał. Siedząc tu zapominałam o całym świecie dookoła, o tym czy wybuchnie wulkan i jak wtedy wrócimy do domu, o bolącej nodze i nawet o stosie zakupionych batików. 
Tego dnia towarzyszyły mi dwie nowe osoby - Niemki - matka z córką.

 

Tak wygląda kolejny etap pracy.


Przede mną jeszcze ponowne woskowanie i żyłkowanie liści, zabezpieczenie kolorów, suszenie, zrobienie krakeruli, suszenie, zrobienie passe partout, suszenie i pozbywanie się wosku. Na bardziej bogaty rysunek brak było czasu, więc chciałam wtopić go w bujną, tropikalną zieleń i niestety przesadziłam z krakerulą.
Następnego dnia skończyłam pracę.


 i dostałam nowe płótno do zagospodarowania.
Zastanawiałam się nad tematem, czasu już było mało bo przede mną kilka zaledwie godzin no i co robi quilterka ? - pikuje. Pikowałam quilty, pikowałam w glinie, dlaczego by nie w batiku - rysowałam wzory a Kadek z zaciekawieniem się przyglądał.  Nie znał takiego wzornictwa i podziwiał, że można tak z głowy ciągnąć wzór na całej powierzchni płótna prawie nie odrywając ołówka, ale my tak robimy pikując :).
Tak powstawał nowy rysunek


 i wszystkie etapy tworzenia batik painting.



 Czego się nie robi dla sztuki - pracuje nawet na kolanach :)


jeszcze krakerula na ramce i gotowe


Na zakończenie warsztatów przybiliśmy sobie z Kadekiem piątkę.


 Zakupiłam ich wosk, tjantingi różnej średnicy, farby i potrzebne do nich dodatki. Dalsze ćwiczenia już w Polsce, a wszystko co piękne ma wadę - kiedyś się kończy :).

Po tych warsztatach mam takie spostrzeżenia. Największym zaskoczeniem było dla mnie z jaką łatwością można pozbyć się wosku z batiku. Ich wosk, czysty pszczeli wosk jest zupełnie inny od naszego. Ma inną przyczepność i plastyczność. Podawane w wielu miejscach w internecie informacje o pozbywaniu się wosku poprzez prasowanie przez papier, są dla nich zupełnie nie do przyjęcia i metody te wzbudzają zdziwienie. Zresztą nigdy w ten sposób nie pozbędzie się całego wosku, praca zostaje sztywna, może kolory są intensywniejsze ale rysunek ma tłuste obwódki. Nauczyłam się nowej i dla mnie bardzo ważnej rzeczy - pozbywania się niechcianych i zawsze kłopotliwych kleksów, Kadek miał rację - to nie problem. Niektóre kleksy można zostawić, w końcu to ręczna praca a wynik batikowania zawsze zawiera element nieprzewidziany do końca, taką niespodziankę i na tym też polega jego urok. Dowiedziałam się jak ważny jest gatunek płótna i jak ważne jest przygotowanie go do pracy. W Indonezji jest produkowanych kilka gatunków płótna do batiku. Dowiedziałam się jak korzystać z farb, żeby osiągnąć różne efekty.
Praca tutaj wyglądała inaczej niż w Malezji, były to nowe doświadczenia.

A teraz na zakończenie, żeby odetchnąć od pracy kilka zdjęć z życia i otoczenia Ubud.
Poza miastem widać bardzo charakterystyczne, ciągnące się wzdłuż ulic mury świątyń, które w sposób niezauważalny  przechodzą w wejścia do prywatnych domów. Któregoś dnia chcąc zrobić zdjęcie weszłam za mury sądząc, że wchodzę do świątyni, i nagle znalazłam się na prywatnym tarasie gdzie rodzina spożywała posiłek, i jaka była ich reakcja? - zaprosili mnie na obiad :) nie skorzystałam i podziękowałam, ale do dzisiaj pamiętam ich uśmiech :).



Zajrzałam do przydrożnego sklepu, bo na zewnątrz zobaczyłam wywieszone quilty. Z bliska okazało się, że wierzch quiltu to po prostu  jeden kawałek materiału. Kanapka została przepikowana i wykończona lamówką. W środku było bardzo dużo, zwiniętych i zapakowanych narzut przeznaczonych do sprzedaży, a wszystkie szyte na starej Singerce z napędem nożnym.



Tradycyjną metodą powstają również batiki na drewnie, tzw. Batik wood. Ozdabiane są tak drewniane maski indonezyjskie, tace czy elementy dekoracyjne na ścianę.


Trafiliśmy na niezwykle kolorowe święto religijne w Ubud, wszyscy zmierzają do świątyni położonej na wzgórzu




a tu skromny orszak ślubny, pieszo wracający ze świątyni na przyjęcie 


czas pożegnać się z Indonezją, Bali, batikiem, bujną przyrodą i egzotyką, czas wracać do domu :)


Cieszę się, że mogłam się tymi wrażeniami z Wami podzielić, dziękuję, że tu zajrzałyście i z cierpliwością ten długi post przeczytałyście. Będzie mi miło jak go skomentujecie - pozdrawiam serdecznie :)






niedziela, 19 listopada 2017

Indonezja cz.2 - Batik Factory

W drodze z Denpasar do Ubud, które jest centrum kultury i sztuki mija się wiele wiosek, których mieszkańcy specjalizują się w jakiejś dziedzinie sztuki rzemieślniczej. Przejeżdżając przez wsie i miasteczka można zobaczyć przy pracy specjalistów zajmujących się rzeźbą w kamieniu, drewnie, malarzy, zajrzeć do warsztatów ceramicznych czy jubilerskich. Najbardziej fascynowało mnie jednak obserwowanie rzeźbiarzy przy pracy  w drewnie. Przyglądanie się jak z grubego, wielkiego pnia drzewa wyłania się postać np. smoka,  tancerki czy Buddy. Podziwiałam, jak dużą trzeba mieć wyobraźnię i wizję efektu końcowego, żeby bez planów i rysunków wiedzieć co wydłubać a co zostawić w pięknym kawałku drewna. Efekty końcowe były naprawdę imponujące. 
Do rzeźb używane są tu najczęściej 4 gatunki drewna. Myślę, że bardzo ciekawe są indywidualne cechy tych drzew. Pierwsze to Albizia Falcata, odporna na ataki termitów i rosnąca z niesamowitą szybkością 10m w ciągu dwóch lat. Drugim jest Zanthoxylum Rhetsa  popularnie nazywane z racji wyglądu zewnętrznego pnia - crocodile wood, przypominające do złudzenia wystające guzy na ciele krokodyla, trzecie to Albizia Saman, - drzewo deszczowe, ponieważ w czasie deszczu i gdy zachodzi słońce składa liście, i ostatnie - Hibiscus Tiliaceusb , ten ma polską nazwę - Hibiskus  szary, który ma dwukolorowe drewno tworzące ciekawe wzory a w miarę starzenia, kolor szary staje się zielony.
Te olbrzymie ilości wspaniałej, misternej ludzkiej pracy, wylewające się wprost na ulicę robią naprawdę duże wrażenie. Można godzinami stać i przyglądać się.
Moim celem jednak była znowu miejscowość Tohpati. Nie wiem, czy z racji wielkości nazwać to wioską czy malutkim miasteczkiem, ale z racji tego co mogłam tu oglądać, dla mnie było wielkie. Tutaj mieści Batik Factory, gdzie z bliska można poznać każdy etap powstawania  batik tulis - tradycyjnej metody tworzenia batiku indonezyjskiego. 
Siedzące tu panie nanosiły specjalnymi urządzeniami zwanymi canting ( inna pisownia - tjanting) wosk, na linie wzoru narysowanego ołówkiem  na bawełnie lub jedwabiu. Prace były na różnych etapach: początek malowania woskiem, etap po pierwszym czy drugim farbowaniu, etap gdzie praktycznie prawie cała praca pokryta była woskiem i prace przygotowane do usuwania go, aż po wspaniałe, gotowe prace. Biegłość posługiwania się cantingiem z jednym, dwoma czy trzema lejkami wzbudzała niekłamany podziw. Pewność ruchów i emanujący z nich spokój świadczyły o wielkim doświadczeniu. Mimo, że obserwowałam już taką pracę w Tajlandii, Malezji, czy poprzednim razem w Indonezji, że brałam już lekcje batiku, zawsze budzi to mój podziw i uznanie dla twórców tradycyjnej sztuki batiku. Z bliska poznałam sposób nakładania wosku przy pomocy stempli z okazałej kolekcji.
Pokazano mi różne rodzaje  wosku i wyjaśniono różnice między nimi a co za tym idzie, inny sposób ich wykorzystywania. Gatunki bawełny używanej do produkcji batiku i różne barwniki zarówno naturalne jak i syntetyczne.
Zafascynowana spędziłam tu parę godzin, od rozmów i pytań rozbolały mnie ręce, elektroniczny tłumacz indonezyjsko - polski zagrzał się do czerwoności - było to wspaniałe miejsce :). 


  notatki robione na gorąco :)










 etapy powstawania batiku
 

różne rodzaje wosku, stempel - cap i cantingi różniące się średnicą otworu, poniżej fragment kolekcji stempli






 najczęściej są to ornamenty roślinne.

Na miejscu znajduje się również galeria obrazów - batik tulis i batik painting oraz sprzedaż wysoko gatunkowych batików bawełnianych lub jedwabnych z tradycyjnymi wzorami indonezyjskimi. 






i piękne lalki wayang golek



Po godzinach spędzonych na przyswajaniu następnej porcji wiedzy na temat batiku, czas było ruszyć dalej. Na każdym takim wyjeździe poluję na ulubione rośliny z caudexem. Są to rośliny ze zgrubiałą nasadą pnia, coś, jak seler czy pietruszka :), a moim ulubieńcem jest Adenium obesum, więc w drodze do Ubud, miejscu umówionych warsztatów z batiku, zaglądaliśmy do szkółek roślin. 


mój najstarszy, przywieziony 10 lat temu i szczepiony przez Tajów ma dwa kolory kwiatów, teraz dostanie kumpla


 odpowiednio przycinane i formowane mogą tak wyglądać


No i znalazłam :) już dość duże, bo nie mam czasu czekać aż urośnie. Jedno miało nawet dwa strąki z nasionami, a ponieważ apetyt rośnie w trakcie jedzenia, pomyślałam o próbie wyhodowania grubasków z nasion . Martwiłam się tylko, że strąki zabiorę niedojrzałe, w Polsce nie mają szans dojrzeć i w związku z tym czy będą miały siłę kiełkować? Przywiozłam dwa klopsy ważące po 2,5 kg każdy. Bez ziemi, bez doniczek, zawinięte w plażowe sarongi, związane taśmą klejącą, żeby zmieściły się do walizki. Trochę ciuchów musiałam zostawić, żeby zrobić im miejsce, ale udało się,  Rośliny przeżyły a jakie było moje zdziwienie  gdy przeżyły również strąki, pękły i wysypały całe przyszłe dobro w nich zawarte - nasionka.  Wyglądały jak bardzo długie, jasno brązowe ziarnka ryżu zakończone z każdej strony pęczkiem puchatych włosków. Usunęłam włoski, przygotowałam odpowiednie podłoże i po 8 godzinnym moczeniu w wodzie ułożyłam nasionka na przygotowanym podłożu. Codziennie doglądałam, spryskiwałam a nóżki podgrzewałam poduszką elektryczną, a po 6 dniach zaczęły kiełkować. Wzeszło mi 29 maciupkich roślinek !!! - hura :) i teraz wyglądają tak


Zapraszam na następny post - na Indonezja cz.3 - Batik Workshop 

 Dziękuję za Wasze wizyty i  tak miłe komentarze,  czytanie każdego sprawia radość i nie będę odosobniona gdy powiem, że na każdy z góry się cieszę . Pozdrawiam ciepło mimo zimna za oknem :)